 |
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47] [48] [49] [50] [51] [52] [53] [54] [55] [56] [57] [58] [59] [60] [61] [62] [63] [64] [65] [66] [67] [68] [69] [70] [71] [72] [73] [74] [75] [76] [77] [78] [79] [80] [81] [82] [83] [84] [85] [86] [87] [88] [89] [90] [91] [92] [93] [94] [95] [96] [97] [98] [99] [100] [101] [102] [103] [104] [105] [106] [107] [108] [109] [110] [111] [112] [113] [114] [115] [116] [117] [118] [119] [120] [121] [122] [123]
Autor: Raku  | 2026-03-01 22:05:56 | 158051 | Nadbrzeże pachniało solą, rybami i Zigurijskim winem. Raku trzymał w ręku czerwoną kopertę, w środku znajdował się list z tylko jednym słowem "Wracaj". Mimo iż koperta nie była zaadresowana i znalazł ją w sakwie pewnego Orgrodzkiego kupca, Raku był pewien, że to do niego miała trafić, pachniała kwiatem wiśni i zieloną herbatą, ciepłym powietrzem znad stepu, pachniała domem. Ktoś musiał sobie zadać wiele trudu, upewniając się, że to właśnie do niego trafi.
Faktycznie, zasiedział się na południu, prowadził tu całkiem wystawne życie, jednak było to życie w pełnym biegu, ciągła gotowość do walki. Sen to nawet nie był sen, tylko czuwanie z sztyletem pod poduszką. Czając się na klientów lichwiarza czy bogatych kupców na bazarze, ciągle musiał się oglądać za strażnikami, chociaż skrywał się pod czapką niewidką, to ci go dalej widzieli dzięki magicznemu działaniu księżycowego pyłu.
Przeczytał jeszcze raz: "Wracaj". Przywiodło to na myśl dawne czasy. Wspominał smak domowych potraw. Wiele by dał, aby zjeść jiaozi, takie jak robiła jego mama. Wspominał zapach świeżej herbaty i cudowny zapach kwiatów unoszący się nad Tęczowym Sadem. Przypomniał sobie, jak wymknął się kiedyś z domu, aby przeszukać Zamulony Szyb w Pływającej Wiosce, utknął w nim na całą noc i zebrał burę od matki. Wspominał, jak jako dziecko obserwował walczących w Parku Tai Chi, marząc o tym, aby kiedyś chwycić za miecz i być takim jak oni. Przypomniał sobie dorastanie, pierwsze randki, treningi z bronią i to, jak się wykrzywił, gdy pierwszy raz próbował sake.
Wiedział, że te czasy już nie wrócą.Młodość przeminęła, a wraz z nią cała beztroska. Świat gna do przodu, i chcąc czy nie chcąc, trzeba być gotowym na zmiany.
- Czas wrócić - powiedział Raku, trochę w powietrze, trochę do siebie, a trochę do swojego ogiera.
Chociaż nie był pewien, kim był nadawca listu, Raku był pewien, że spotka go w Oberży pod Szkarłatnym Smokiem, tam od lat taoiści spotykali się, by odpocząć po ciężkim dniu, świętować i rozmawiać na mniej lub bardziej poważne tematy.
Wysiadając na ląd, założył czapkę niewidkę. Przed spotkaniem chciał się jeszcze przespacerować po ojczyźnie. Pierwsze, co zauważył, to jak zmieniła się przystań, niegdyś pełna ogromnych żaglowców i galer, dziś wypełniona mniejszymi, ale znacznie zwrotniejszymi i szybszymi katamaranami. Przechodząc obok Parku Tai Chi, usłyszał odgłosy walki. Brzdęk metalu mieszał się z podekscytowanymi okrzykami obserwujących starcia dzieciaków, pełnych marzeń, tak jak niegdyś on sam. Przyjrzał się wojownikom, zwrócił uwagę na ich rynsztunek: wszyscy ubrani jednakowo, w lśniące czarne kirysy i złote rogate hełmy, w rękach większość dzierżyła demonie widły, pojedynczy wojownicy zaś mieli zdobne tetrapiki lub pati kali. Każdemu z nich towarzyszył ogromny, różowy słoń bojowy. Kiedyś to wyglądało inaczej, pomyślał Raku. Przypomniał sobie dawną różnorodność: napierśniki ze smoczej skóry, pobłyskujące w słońcu kwarcowe zbroje, złociste szable, antyczne trójzęby, topory, kościane kosy, ogromne młoty, włócznie czy mamucie kły. Ogiery ze wschodu, bojowe rumaki, a nawet elitarne, pochodzące z samej Amazonii ogiery płodności.
Z rozmyślań wyrwały go gromkie brawa. Spojrzał w kierunku walczących: pokonany leżał na ziemi, wygrany stał nad nim, wyciągając dłoń.
- Następnym razem cię pokonam, obiecuję! - powiedział przegrany, a zwycięzca pomógł mu wstać i poklepał po plecach.
- To co? Do Jalo na kolejkę? - zaproponował wygrany, po czym obaj pozbierali rynsztunek i ruszyli w stronę oberży.
Raku jeszcze chwilę obserwował znikających w oddali wojowników. Mimo że zmienił się ekwipunek i styl walki, zawziętość i wzajemny szacunek pozostały te same, pomyślał.
Kontynuował swój spacer, jednak uliczki, które kiedyś mógł przemierzać z zamkniętymi oczami, widocznie się zmieniły. Stare domy ustąpiły miejsca nowym, magazyny zostały mocno rozbudowane, a kramy sprzedawców nie ograniczały się już do niewielkiego bazaru. Przystanął, obserwując uliczny ruch: patrolujących samurajów, targujących się kupców, biegające po ulicy dzieci. Zwrócił uwagę na stoiska wypełnione kukiełkami przedstawiającymi konie i ludzi rozwieszajacych ozdobne lampiony. Zgiełk był dużo większy niż pamiętał, nie wiedział, czy to przez rozwój miasta, przygotowania do zbliżającego się nowego roku, czy przez jedno i drugie.
Jednak im dłużej się przypatrywał, tym bardziej to rozbudowane, trochę obce miasto wydawało się bardziej znajome. Czuł te same zapachy, widział tę samą życzliwość na twarzach, którą zapamiętał. Mimo zmian, duch miasta pozostał ten sam.
Kontynuował swoją przechadzkę, im bardziej zbliżał się do centrum miasta, tym więcej widział bogatych zdobień. Pod pałacem Shoguna stał ogromny pomnik przedstawiający konia w pełnym galopie. Symbol zmian.
Kierował się już do oberży, mimo zmian układu ulic radził sobie całkiem sprawnie. Zanim dojrzał oberżę, usłyszał dźwięki muzyki oraz radosne okrzyki. Nowy rok dopiero się zbliżał, ale niektórzy już rozpoczęli świętowanie.
Ściągnął wysłużoną czapkę niewidkę i przekroczył drzwi oberży. Poczuł znajomy zapach kadzidła, usłyszał znajomy gwar. Między stolikami i ogromem gości poruszał się Jalo. Przy stoliku w kącie Raku ujrzał znajome twarze i herby zdobione symbolem łapy Irbisa. Skierował się w tamtą stronę, już był pewien, że list pochodził od przyjaciół.
Gdy podszedł do stolika, przyjaciele rzucili się na Raku, aby go uściskać.
- Wy... ten list… jak - wydukał Raku, ciesząc się ze spotkania, a łzy radości napływały mu do oczu.
- Nie tylko ty niezauważenie potrafisz grzebać w cudzych sakwach - oznajmił Kazu, klepiąc go po plecach.
- Dawno się nie widzieliśmy, pomyśleliśmy, że nowy rok to będzie doskonała okazja - powiedziała Tereza, podsuwając Raku czarkę pełną sake.
- Razem z nowym rokiem idą zmiany, ale pamiętaj, że na nas niezmiennie zawsze możesz liczyć - dodał Kei.
-Ale na szczęście nie wszystko się zmienia - podsumował Raku unosząc czarkę - Ważne, że przyjaźń i duch Tao pozostają bez zmian. |
Autor: Kei  | 2026-03-02 11:48:53 | 158060 | - Usiądźcie bliżej - powiedziałem dzieciom, gdy lampiony Roku Konia zaczęły kołysać się na wietrze. - Ta historia nie lubi krzyku. Lubi ciszę między krokami.
Wiecie, czym różni się koń od innych znaków?
Koń nie ucieka. Koń idzie. Nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez cudze miasta, cudze wiary i cudze imiona.
Tak było z Amfitironem.
Dla nas - Amfi.
Bratem Białej Łapy, drużyny Yukihyo.
Kiedy wrócił do KurKoru po latach wędrówki, miasto było takie samo… a jednocześnie inne. Lampiony świeciły, dzielnice oddychały tym samym rytmem Tao, ale jego drużyna była wciąż w drodze. Każdy z nas poszedł w inną stronę świata, wierząc, że jeszcze się spotkamy.
Amfi nie czekał.
Koń nie czeka.
Poszedł dalej.
Został kupcem, rzemieślnikiem, wojownikiem do wynajęcia. Dołączył do obcej drużyny, bo samotność potrafi złamać nawet najtwardszego taoistę. A potem zrobił coś, co bolało najbardziej - zmienił wiarę. W Albionie przyjął katolicyzm, bo tam tak było łatwiej oddychać. Bo tam ktoś powiedział mu, że nie musi być sam.
Gdy wróciliśmy z wypraw - ja, Diabeł, Raku, Tereza - pytaliśmy o niego.
Nikt nie znał odpowiedzi.
Aż poznaliśmy prawdę.
Nie gniew był pierwszy.
Najpierw przyszła cisza.
Szukaliśmy go tygodniami. A gdy go znaleźliśmy, bił właśnie monstra na trakcie, jakby wciąż uciekał przed myślami. Kiedy nas zobaczył… nie sięgnął po broń. Upuścił ją.
Pamiętał.
Zawsze pamiętał.
Przepraszał. Nie raz. Nie dwa. Przepraszał tak, jak przeprasza się rodzinę - bez wymówek. Wrócił do Białej Łapy, choć nie mógł wtedy wrócić do Tao. Miał zobowiązania. Przysięgi. Tysiące kamiennych posągów, które musiał jeszcze stworzyć. Gdyby je porzucił, droga nigdy by się nie domknęła.
Minęły trzy lata.
A potem nadeszła Wigilia Tao.
Rok Konia był już blisko, a Shogunka Wizja powiedziała jedno zdanie:
- Czas wracać po brata.
Wraz z Shogunką przygotowałem wisiory Yin i Yang. Znaki przebaczenia. Znaki drogi powrotnej. Znaki naszej wiary. Kapłanka Ułuda czekała w Świątyni Niebios, w dzielnicy Smoka. To był miesiąc pokoju - nikt nie podnosił broni, tylko serca.
Gdy Amfi wszedł do świątyni…
Zatrzymał się.
Przed nim stali jego bracia i siostry. Każdy trzymał wisior. Dla niego. Byli tam Kazu, Rekinekk, Daymio Reynevar, Shogunka Wizja… i wielu innych. Cała rodzina, której nie da się porzucić, nawet gdy się od niej odejdzie.
Wtedy zrozumiał.
Nie było innej drogi.
Padł na kolana i poprosił o wybaczenie bogów. Nie dla siebie - dla tego, kim był i kim znów chciał się stać. A kiedy wstał, nie był już sam.
To był największy dar tamtej Wigilii.
Nie złoto.
Nie cud.
Tylko brat, który wrócił.
- Zapamiętajcie - powiedziałem dzieciom, gdy lampiony gasły. - Koń może zboczyć z drogi. Ale jeśli serce pamięta dom, droga zawsze znajdzie koniec.
A KurKor… zawsze czeka. |
Autor: Wizja  | 2026-03-02 23:45:57 | 158071 | Oberża tego wieczoru nie była ani głośna, ani cicha. Była… pełna.
Nie tylko ludzi. Obecności.
Ogień w palenisku trzaskał miękko, a stoły, wypolerowane dłonią czasu, znów dźwigały ciężar czarek i łokci. Rok zmieniał się jak zawsze — jedni mówili, że to Wąż, inni, że już słychać tętent Konia. Lecz tutaj, pod dachem Oberży, znak w kalendarzu nie miał aż takiej wagi.
Bo bez względu na to, jaki rok wpiszemy w kronikach, w KurKorze jest pięknie.
Usiadłam przy stole, otworzyłam album i zaczęłam przeglądać strony. Obrazy sprzed lat wypełniały mnie ciepłem i śmiechem: Draco cierpliwie pokazywał, jak używać mikstury drugiego zawodu, dzielni Philo liczyli tysiące wisiorów YinYang dla Taoistów, akcja po akcji, z precyzją i radością w oczach.
I nagle przypomniałam sobie szaloną akcję — ktoś krzyknął: „Oplujmy proso!”. W jednej chwili wszyscy ruszyli do pracy. Bałagan był ogromny, oplute ziarna prosa latały w powietrzu i trafiały do przechodniów, nikt nie mógł ich wyrzucić, a Demiurg musiał wtrącić się, zanim chaos trochę się uspokoił. A jednak dzięki temu powstały worki prosa, które stoją w magazynie do dziś. Patrzyłam na zdjęcia podpisane przez Keia: Spieczony Pros, Król Prosa, Dama Prosa, Królowa Prosa — ich spojrzenia w kadrze nadal wywoływały we mnie śmiech, tak samo jak wtedy, gdy oberża wypełniła się radością i chaosem tej jednej chwili.
A w tej samej chwili, tuż przy stole, Bufka biegała między stołami, poprawiając ozdoby, sznurek tu, czarka tam, dopasowując wszystko tak, by każdy detal był idealny. Jej ruchy, tak pełne energii i troski, przypomniały mi, że uroczystość żyje nie tylko wspomnieniami, ale tym, co dzieje się teraz.
Przewracając kolejną stronę albumu, moje oczy zatrzymały się na fotografii Selenee, Pierwszej Damy KurKoru, stojącej przy drzwiach i rozdającej dobroci dla Taoistów. Liczyła czas co do sekundy, z dobroci i troski, z tej swojej cichej, uważnej obecności. Kiedy patrzyło się na nią w tym momencie, można było poczuć, że każdy gest, każde drobne działanie jest częścią większej troski o wszystkich w KurKorze — bo ktoś zawsze na kogoś czeka.
I wtedy dotarło do mnie coś prostego.
Możemy zmieniać skórę jak wąż — dojrzewać, uczyć się, zostawiać za sobą stare błędy. Możemy galopować jak koń — pędzić ku nowym wyzwaniom, nowym początkom, nowym marzeniom.
Ale niezależnie od tego, czy stoimy w miejscu, czy ruszamy w drogę — KurKor jest piękny, bo jesteśmy tu dla siebie.
Gdy ktoś upadnie — ktoś go podniesie.
Gdy ktoś wyjedzie — ktoś będzie czekał.
Gdy ktoś zwątpi — ktoś przypomni mu, kim jest.
Rok się zmieni.
My się zmienimy.
Ale jedno pozostanie niezmienne — pod tym dachem, przy tym ogniu, zawsze będzie miejsce dla swoich.
I to jest nasza najprawdziwsza siła. |
Autor: Ńeimeis  | 2026-03-06 09:46:42 | 158138 | Słońce schowało się za horyzontem. Noc w otoczonym górami mieście nadchodziła szybko. Lecz tej nocy nikt nie planował szybko ułożyć się do snu. Przed domy wystawiano stoliki i krzesła, ludzi wynosili jedzenie, napoje. Gdzieś zaczynały pojawiać się pierwsze ogniska. Ktoś zaczął intonować starą ludową piosenkę, po chwili porwał więcej ludzi, którzy w szczerej radości dołączali do świętowania. Dzisiaj lud KurKor żegnał stary rok i witał nowy.
Nad miastem wznosiło się wzgórze, a na tym wzgórzu przed laty pewien rolnik wybudował stajnię. Odgłosy zabawy niosły się aż tutaj, lecz tu, nikt nie świętował.
W jednym z boksów stał koń, nie spał. Obserwował najpierw zachód słońca, a teraz migoczące tysiącem ognisk miasto w dolinie. Uważny obserwator mógłby dostrzec jak koń podkową lekko uderza w rytm nut piosenki niesionej przez wiatr.
- Jesteś już gotów?
Koń nerwowo potrząsnął grzywą rozglądając się po stajni. Nikogo jednak nie widział. Nikogo nie słyszał. Tylko ta piosenka słyszana z oddali.
- Jesteś już gotów by powitać nowy rok?
Tym razem koń szybko zlokalizował nadawcę tych słów. Wąż kłębił się w rogu boksu.
- Więc to ty. Ten, który ma mnie zastąpić – zasyczał
- Tak mówią gwiazdy. Mam przejąć opiekę nad ludźmi. Powiedz mi… czy naprawdę jest tak ciężko jak opowiadają? - odpowiedział mu koń i wzrok skierował znów na świętujące miasto
Wąż ruszył powoli i wdrapał się na ramę okna by samemu również mieć widok na dolinę
- Ciężej niż myślisz. Ludzie są sprytni.. oszukują się nawzajem, Kłamią, gdy mają chodź odrobinę korzyści z tego. Zakładają maski, mówią słowa których nie czują. Widziałem przyjaźnie sprzedawane za drobne korzyści i obietnice, walące się jak mury zamków.
- Gdy biegałem po pastwiskach widziałem też dobrych ludzi, jak pomagają sobie bez potrzeby. Matki czuwające nad swymi dziećmi, przyjaciół stojących przy sobie w najgorszych chwilach… - zaczął koń, ale wąż szybko mu przerwał
- Takkk… dobro też istnieje, ale jest kruche. Jedno kłamstwo potrafi zniszczyć zaufanie...
- A jednak ludzie wciąż próbują je odbudować. - tym razem koń nie dał za wygraną przerwał wężowi – Może dlatego właśnie warto nad nimi czuwać? Potykają się to prawda, ale potrafią też wstać i biec dalej.
Wąż uśmiechnął się szczerze i spojrzał na konia.
- Masz w sobie dużo nadziei i dobra, ja nauczyłem się ostrożności. Ale może to dobrze. Każdy rok powinien patrzeć na świat trochę inaczej.
Koń odpowiedział uśmiechem
- Ty nauczyłeś ludzi sprytu i rozwagi. Ja spróbuję przypomnieć im o odwadze i ruchu naprzód. Może razem – ty w pamięci, ja w teraźniejszości – damy im równowagę. Jak Ying i Yang?
Nagle niebo rozświetliły tysiące migoczących iskier. Huk wystrzałów biegł rozświetloną wszelkimi możliwymi kolorami doliną. Nawet tutaj w samotnej stajni stojącej na wzgórzu zdawało się że ognie sztuczne wybuchają tuż nad jej dachem.
- W takim razie… opiekuj się nimi i pilnuj ich dobrze – powiedział wąż po czym znikł, a koń spojrzał w rozświetlone niebie i rzekł już sam do siebie
- Zrobię wszystko co w mojej mocy. | [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47] [48] [49] [50] [51] [52] [53] [54] [55] [56] [57] [58] [59] [60] [61] [62] [63] [64] [65] [66] [67] [68] [69] [70] [71] [72] [73] [74] [75] [76] [77] [78] [79] [80] [81] [82] [83] [84] [85] [86] [87] [88] [89] [90] [91] [92] [93] [94] [95] [96] [97] [98] [99] [100] [101] [102] [103] [104] [105] [106] [107] [108] [109] [110] [111] [112] [113] [114] [115] [116] [117] [118] [119] [120] [121] [122] [123] |