Forum - og�lne
Powrót do wątków

Historie Albionu (RP)
  1. W wątku RP piszemy w trzeciej osobie, wyłącznie o czynach swojej postaci, zgodnie z jej aktualną profesją, bądź bezosobowo.
  2. Jeśli wplatamy w fabułę wypowiedzi inną postać, to: albo tworzymy jej fikcyjne imię, lub nazywamy bezosobowo, tak by nie wskazywać imiennie odgrywanej przez inną osobę postaci i dać graczowi szansę na przyjęcie, lub też odrzucenie roli.
[1][2][3][4][5][6][7][8][9][10][11][12][13][14]
Autor: Cień Paulusa 2021-10-23 00:10:22126492
***
Powiedzieć, że pot lał się strumieniami, to jakby nic nie powiedzieć. Słońce paliło niemiłosiernie, bo czego innego spodziewać się można w południe na środku pustyni? Z drugiej strony każdy w miarę normalny rycerz o tej porze wyleguje się w oazie, popijając chłodne trunki i zajadając się soczystymi owocami. Jakby nie było, hodowcy bananów, daktyli, fig, ananasów i owoców cytrusowych nie mogli narzekać - ogrom słońca sprzyjał wzrostowi tych przysmaków, które teraz licznie zgromadzeni na pustyni leniwie przegryzali. W oddali widać było Cienia, który kolejny dzień szarżował za pustynnymi przestępcami. Niektórzy pukali sie w głowę, widząc jak wojownik w tym ukropie pojedynkuje się ze zbirami; inni patrzyli z podziwem, że kolejny dzień od świtu do zmierzchu ten biega i walczy, ściga i mierzy się z dziesiątkami, nie - raczej setkami przeciwników. Właśnie jęk przeszył ciszę pustyni - tym razem słoń padł ofiarą wojownika. Chwilę później Cień wjechał na swym dwugarbie do oazy, jednak zgromadzeni nie zaszczycili wojownika swym spojrzeniem. Cień zeskoczył z wielbłąda, i sięgnął do bukłaka, aby wychylić trochę wody. Nie odmawiał alkoholu, ale wiedział, że ten najlepszy jest dopiero pod wieczór, kiedy słońce zajdzie pod horyzontm, niebo usłane będzie gwiazdami, a na ognisku skwierczeć będzie pieczone mięsiwo. W skwarze dnia każdy kolejny dzban wina spowolniłby jego ruchy, aż w pewnej chwili czyniąc niemożliwym walkę z pustynnymi przestępcami.
- Szejk Am-Al zgładzony, karawany mogą ruszyć w dalszą podróż - rzucił do zgromadzonych kupców. Szejk znany był ze swojego zamiłowania do wszelakich błyskotek, toteż kupcy lękali sie tego przestępcy. W najmniej oczekiwanym momencie, jakby spod piasku wyskakiwał Szejk Am-Al, wraz ze swoją zgrają, grabiąc i obijając nieszczęsnych handlarzy, którzy mieli pecha na niego trafić. Część kupców brała najemników do obrony; jednak grom z nich ryzykowała wędrówkę bez wsparcia orężem, wszak talar niewydany jest talarem zarobionym. Po słowach Cienia niewiele się zmieniło - żaden ze zgromadzonych kupców nie ruszył przez góry do Albionu. Wojownik otarł pot z człowa, zdjął z głowy chustę i zmierzwił swoje czarne włosy. Ubrany był skąpo - na głowie okutana chusta, odziany był jedynie w mocno już sfatygowane spodnie, na których odznaczała się mieszanina krwi, potu i pyłu. Stopy chronione były jedynie przez onuce, zapewniające brak jakiejkolwiek obrony w walce. Ich zadaniem było zapewnić wojownikowi zręczne skakanie po rozgrzanym piasku. Cień podszedł do sadzawki w oazie, wypełnił wodą bukłaki które miał, i usiadł pod palmą. Z podróżnego worka wyjął suszoną oślinę oraz parę daktyli - to miał być cały jego popołudniowy posiłek. Siedzący w pewnym oddaleniu od niego kupcy spojrzeli się z grymasem na przysmaki, którymi raczył się Cień. Przed nimi na paterach leżały na górach dziesiątki świeżych owoców, kawałek dalej na ogniskach służba piekła przeróżne mięsa - ptasie, wołowe, z dziczyzny, zdarzały się też pieczone węże, jaszczurki i nawet ryby. Przy tych smakołykach posiłek Cienia wyglądał jak odpadki z uczty. Wojownik spojrzał na zgromadzonych, doskonale ich rozumiejąc. Ich życiem rządziły inne zasady niż jego. Podczas gdy oni leżeli, ich towary porozstawiane na straganach niemalże same na siebie zarabiały. Z drugiej strony w licznych manufakturach rzemieślnicy na ich zamówienie wytwarzali kolejne towary, które na następny dzień mają znowu wylądować na bazarze... I tak kupieckie koło się zamyka. Co chwila do oazy przybiegał goniec, informując o sprzedaży tego, czy kupnie tamtego po okazyjnych cenach, tak że panował tutaj nawet spory ruch. Wojownik z kolei na swój byt musiał zapracować w zupełnie inny sposób. Dlatego też każdego dnia o świcie ruszał poza mur miasta, aby na pustyni cały dzień ganiać. Wieczorem, kiedy kupcy przenosili się z oazy do tawern, on kładł się z bolącymi mięśniami i krwawiącymi ranami do snu. Nie było sensu zajmować się nimi zbytnio, wszak rano zostaną po nich tylko strupy. Ale zupełnie nie przeszkadzało to wojownikowi. Choć wielu mogłoby tego nie zrozumieć, on... to lubił. Mimo ogromnego zmęczenia kładł się spać zadowolony - wszak kolejny cały dzień spędził na zbieraniu doświadczenia w walce, co przybliżalo go do upragnionego celu - osignięcia poziomu, który okaże się wystarczająco godnym, by rozpocząć szkolenie w Eremie Włodzimierza. Jednak do tego droga wciąż długa, wyboista i pełna zakamarków... Z tych przemyśleń wyrwał go gromki okrzyk.
- Salam alejkum Cieniu, czyli prawdę li gadają, żeś postradał zmysły i w południe na pustyni biegasz? - To kupiec Karim wszedł do oazy.
- Al salam, Karim. Tak witasz starego przyjaciela? Żem zmysły postradał?
- A bo to i normalne, coby w taki ukrop za słoniami ganiać? Nie lepiej wieczorem? Lub o świtaniu? - uśmiechnął sie kupiec.
- Karim, wieczorem to ja idę do magazynów realizować listy kupieckie, a rano idę do magazynu zbierać zamówienia kupców. Poza tym - przyznaj szczerze, pachołków do kopalni po ropę to kiedy wysyłasz? Wieczorem? O patrz, to nie twoi ludzie wychodzą z kopalni z baryłkami ropy? - Cień wskazał palcem na oddaloną kopalnię, skąd właśnie wyszła grupa kopaczy targając ropę w kierunku miasta.
- Yyy, póki im płacę, moja wola kiedy mają kopać. Zresztą - sam wiesz - Feniks nie daje wyboru, kto wie, może za chwilę niecnota sfrunie tutaj i znowu na parę dni będzie przestój w produkcji. Trzeba kuć żelazo póki gorące, lub bliżej prawdy - ropę, póki Feniksa nie ma! - zaśmiał się ze swojego porównania.
- Widzisz, więc oni kują w kopalni, a ja z rzezimieszkami na rozstajach pustynnych się mierzę. Że też to tałatajstwo się nie wyniesie na drugą stronę gór, tylko tutaj straszy i rabuje. Chociaż - podrapał sie w głowę Cień - gdyby ich tu nie było, nie miałbym za kim ganiać!
- O to to. Zaczynasz gadać z rozumem, widać że w tym słońcu trzeba ci czasem cienia!
- Nie igraj z cieniem, Karim, bo to niebezpieczne! - teraz zaśmiał się wojownik, i dał kuksańca kupcowi. - No, to mów co cię tam do oazy przywiało.
- A bo to odpocząć nie można? Sam widzisz, że czasy spokojniejsze nastały. Sułtanka zaufanie zdobyła, ludziom pomaga, to i uśmiech na ulicach zapanował. Myślisz że tak już się ostanie?
- Nie wiem, były sułtan próbował stawać w szranki wyborcze, bezskutecznie jednak. Ale dobrze, że ludzie uśmiechnięci. Karim, co ci powiem, to jedno jest najważniejsze właśnie - radość wśród ludzi. Żaden tam talar, złoto, czy inne używki.
- E tam, głupoty znowu zaczynasz gadać. Dobrze być zadowolonym, ale lepiej z pełnym trzosem niż z dziurawymi galotami - wskazał na spodnie Cienia.
- Typowy kupiec z ciebie. Dlatego domostwo niemałe masz, słyszałem że własną oazę w ogrodzie planujesz urządzić. Spróbuj mi tylko podnieść ceny oliwy, to porozmawiamy po mojemu!
- Nie bojaj, Cieniu, dla ciebie to i zniżki są specjalne. A właśnie, więc ja jestem i radosny, i z pełnym brzuchem i trzosem. Spróbowałbyś takiego życia, to nie wróciłbyś do biegania po pustyni.
- Co ja ci poradzę, jak mi się to własnie widzi. Ty lubisz wracać do domu swojego, zjeść gorący i obfity posiłek, a ja najbardziej pod gwiazdami ułożyć się, oprzeć głowę o dwugarba, i tak zasypiać. Takie myśli mnie nachodzą, że na starość, jak już siły w ręce topora trzymać mieć nie będę miał, to do dżungli się udam, aby tam astronomii fachu się wyuczyć. I patrzać w owe gwiazdy, co też one dla nas kryją...
- A mnie nachodzą myśli, że prędzej oddasz ducha w jakiś pieczarach czy katakumbach, zagryziony przez jakie bestie, ot co. No, chyba że do żeniaczki cię najdzie, białogłowę znajdziesz, narobisz bachorów i będziesz jedynie pieluchy zmieniał, ha ha ha ha! Oj - kupiec dostał w głowę pustym bukłakiem. - Nie można nawet pomarzyć, co Cieniu?
- Spokojna twoja rozchochrana, jak mnie takie pomysły najdą, to ci dam znać. Ba, sam zaproszenie przyniosę, a prawo kawalerskiego wieczoru pozwolę ci uczynić!
- Uuu, Cieniu, jak ty takim słowem mówisz, to ja wracam do siebie wino ważyć, będziesz jednak musiał uważać, coby cię wybranka wciąż chciała, jak ci kawalerskie urządzę!
- Karim, po takich zapewnieniach to ja nie wiem czy będę w stanie słowa przysięgi powiedzieć!
- Już to widzę, jak stoisz i bełkoczesz: "Gjaaa... uuuuueeeee.. Ciehhhhhhńńń, znaszyyyy sieee... hik! biohhhhheeeeee cieeeeee... hik!" - Kupiec wstał i zataczając się zaczął udawać pijanego Cienia.
- Całkiem nieźle ci to wychodzi!
- A bo to raz w takim stanie cię widziałem? A, co tam - wpadnij dziś po zachodzie, jak już tutaj się wybiegasz, tylko o łaźnię zachacz pierwiej. Zjemy co dobrego, i wina popróbujemy, może sam będziesz tak mówił!
- A wiesz Karim - z przyjemnością. A teraz wybacz - Cień wstał, okutał sobie głowę chustą, przemył twarz i ręce resztkami wody z bukłaka, i wsiadł na wielbłąda - czas mi wracać na polowanie. Ktoś wam te listy kupieckie z magazynów realizować musi. Jakbyś miał kogo chętnego na jad i skóry, to odsyłaj do mnie! - Cień krzyknął na odchodne do kupca.
- Jasne, tymczasem do wieczora! - odmachał mu kupiec, i ruszył w kierunku grupy kupców przy jednym z ognisk.
Cień powoli wyjechał z oazy. Spojrzał na swe spracowane ręce, ujął w nie topór i ruszył przed siebie, wprost w skwar, pył i krew. Myśli jego jednak powędrowały ku ruinom dworku, który przez setki laty zamieszkiwał jego pradziad...
Autor: Dziura w Głowie 2021-10-26 11:43:53126560
Z cyklu "Orgrodziańskie mądrości życiowe. Krótkie, Niedokończone Historie z Przesłaniem".

Buntownik, po porannej higienie opuścił Dom Rybaka i rozradowany wszedł do Osady Orgrod.
W wiosce nie było dużego ruchu. Kilku tragarzy wystawiało swoje towary na bazarze,
a po drodze przechadzała się Caryca i bliżej nieokreślona Sprawiedliwość (CiS).

- Wróciłem! - zakrzyknął uradowany do handlarzy, jednak ci nawet nie podnieśli ku niemu swoich oczu.
- Wróciłem, wróciłem, wróciłem! - wręcz zaczął tańczyć dookoła Kremla błagając wzrokiem,żeby ktokolwiek go przyuważył. Na daremno.
- Wróciłem! - zakrzyknął do rycerza walczącego na Placu Walk.
I kiedy już dobiegał do Cerkwi, żeby zakrzyknąć do Popa, nagle pod wpływem szoku,
jaki u niego spowodowało spadające jabłko z okolicznej brzozy, zakrzyknął:
- Podstawowy błąd, jaki popełniamy jako ludzkość to przyjęcie założenia, że kogoś obchodzimy.

- Na glebę! - wrzasnęło do niego powietrze, przygniatając go swoim ciężarem. - Gleba mówię!
Buntownik spadając, wykręcał głowę to w lewo, to w prawo usiłując dojrzeć cokolwiek,
jednak nie był w stanie dojrzeć niczego prócz powietrza.
- Cudzoziemcu, - zakrzyknęło powietrze - a ładnie to tak biegać za czarnolistowcem dookoła Orgrodu?!
- To, to-język mu się zaczął plątać - to jakaś po-pomyłka! Z rybaka wyszedłem!
- Proszę, proszę - zaśmiał się szyderczo oprawca - Pan myśli, że ruski to głupi, tak? - Buntownik poczuł jak na jego prawej ręce zamyka się kajdan. Odruchowo wywinął lewą rękę od siebie - Toż to przypadek, że arcyłotr już w pełni uzbrojony...
- Ale ja sam dookoła miasta biegam - zakrzyknął przerażony Buntownik - SAM! Nie ma nikogo. Proszę mnie zostawić...
- Ta, sam... a bandyta zaraz za tobą, kanalio. - żachnęło się powietrze, odwijając mu drugą rękę - Ty zamieszanie robisz, on okrada i nie na mule!- wykrzyknął jednocześnie obracając Buntownika twarzą do siebie.
Złapał go za lnianą koszulę na wysokości piersi - razem z tobą bydlaku skończony z Portu naszego wchodzi i do swoich praktyk - przyciągnął do siebie, jakby chciał całą złość przelać na niego. - kradzieży i obijania wraca. Przyznaj się! -
krzyknął - ryby mu w worki pakowałeś?!
- Zawodu się uczyłem, przysięgam! - głos drżał Buntownikowi - mistrza wbijam, t-to jakieś nieporozumienie. Rybak potwierdzi!
- Rybak pewnie też w spisku - drużynnik splunął na ziemię z pogardą - wstyd na rybaka się powoływać współpracując tuż pod nosem.
Autor: Kategart Szary 2025-10-24 23:25:57155505
Nie pamiętam czy było czy nie jak było to przepraszam :)





Sen nocy letniej.

Sen to odbicie rzeczywistości. Odbija się w nim cały nasz dzień, nastrój, radości, smutki i leki. Lecz nie jest to odbicie idealne. Przypomina bardziej oglądanie odbicia na tafli jeziora. Gdy woda jest spokojna odbicie jest bardzo realne i oddaje każdy szczegół bez przekłamań. Lecz wystarczy jedna zmarszczka na jego tafli by obraz zafalował, przekłamał. Niektóre emocje uwypukli inne ukryje. Często, gdy śpię moje jezioro przypomina wściekły ocean w czasie sztormu.
Zamykam oczy. Czuje jak powoli ciemność, cisza, zmęczenie, miękkość poduszki, ciepło pościeli powodują, że umysł zaczyna wyłączać poszczególne partie mnie. Myśli płyną coraz bardziej leniwie. Przesuwają się w mojej głowie niczym stary film. Do pewnego momentu jestem w stanie nimi kierować, lecz z czasem obrazy i myśli przestają mnie słuchać. Płyną tylko w sobie znanym kierunku i pozwalają mi być biernym uczestnikiem tego pokazu. Leże obok swojego ciała. Nie panuje już nad nim. To najbardziej przerażający stan jaki znam. Moment, w którym jeszcze resztkami świadomości staram trzymać się dnia, ale moje ciało ogarnia już noc. I wtedy pojawiają się upiory.
Na początku delikatnie niczym smużka dymu ze zgaszonej zapałki zaczyna spod łózka wysuwać się przezroczysta nitka mroku. Wije się, unosi, skręca, kluczy… szuka. Widzę ją. Mam świadomość jej istnienia. Czuje, że się zbliża. Walczę. Ostatkiem świadomości próbuje skierować myśli na jakieś przyjemne wydarzenie. Na coś co postawi barierę między moim umysłem a tą wijąca się smużką mroku. Codzienny wyścig w poszukiwaniu iskierki szczęścia która będzie miała moc i siłę rozgonić mrok. Ostatnia świadoma myśl gaśnie. Jestem bezbronny.
Macka mroku już mnie znalazła. Delikatnie gładzi mnie po głowie obiecując, że tym razem nie będzie bolało. Wiem, że kłamie, ale i tak mam nadzieje. Zawsze w takich momentach przypomina mi się stary film dokumentalny oglądany dawno temu na jakimś przeglądzie filmów niezależnych. Prosta historia dwóch szczurów wrzuconych do pojemnika z wodą. Jednemu z nich pozwolono na chwile z tego zbiornika wyjść. Dano mu nadzieje, pokazano, że to nie jest sytuacja bez wyjścia i ponownie go wrzucono do wody. Pierwszy szczur tonie po kilku minutach walki. Poddaje się. Nie widzi nadziei. Drugi, ten który wie, że w każdej chwili może pojawić się patyk, który pozwoli mu wyjść na brzeg, uratować go… walczy kilka godzin. Do ostatnich chwil ma nadzieje. Umiera dokładnie tak samo jak pierwszy. Nadzieja dała tylko wielogodzinne cierpienie. Najbardziej wyrafinowana tortura. Dać skazańcowi nadzieje. Obiecać, że nie będzie bolało….
Mrok jest już w mojej głowie. Delikatnie bada stan mojego umysłu. Trąca nitki wspomnień niczym wprawny wirtuoz strunami harfy i słucha odpowiedzi. Szuka największego lęku, czegoś czego się najbardziej obawiam, czegoś czego się boję. I zawsze znajduje. Zawsze gdzieś jest jedna struna myśli napięta do granic możliwości. Wystarczy delikatny dotyk by zerwać jej powiązanie z umysłem, by wyzwolić cala drzemiąca w niej energie. Mrok nigdy nie robi tego delikatnie. Gdy już znajdzie miejsce, w które planuje uderzyć postępuje bardzo konsekwentnie. Wzbiera, umacnia się. Już setki czarnych nitek wędrują po mojej głowie trącając struny myśli i emocji. Wirują niczym cyklon wokół tej jednej. A ja cały czas mam nadzieje. W tej nadziei i strachu umieram po stokroć zanim jeszcze nastąpi uderzenie. Może jednak nie będzie bolało… obiecał…
Nagle wszystko znika. Nie ma mroku, nie ma strachu, nie ma bólu. Idealnie biały świat. Pusty. Idealny na zrobienie pełnego, oczyszczającego wdechu. Otwieram usta i wtedy atakuje. Mrok wypełnia cała przestrzeń wokół i całego mnie. Wiruje, kłębi się, pokazuje obrazy. Nieraz są to twarze ludzi. Wykrzywione grymasem nienawiści, szyderstwa, śmiechu, kpiny. Nieraz są to sytuacje, gdy jestem bezsilny. Gdy mimo całej wiedzy i doświadczenia trafiam na mur niezrozumienia, zatwardziałości, chęci zemsty za niewypowiedziane nigdy słowa. A nieraz jest tylko czerń. Ta czerń jest najgorsza. Pustka absolutna. Ja jestem w jej centrum. Sam. Bezbronny, opuszczony, stary człowiek otulony płaszczem nadziei. Jedyna obrona przed mrokiem.

Z czasem nauczyłem się z tym żyć. Mrok przychodził każdej prawie nocy i czule szeptał mi do ucha opowieści o mroku, ciemności, samotności, pustce. Słuchałem tych słów i coraz szczelniej otulałem się płaszczem nadziei. Byle do rana. Byle znowu poczuć wracająca świadomość. Byle znowu poczuć, że odzyskuje władze nad umysłem. Za dnia łatwiej walczyć z demonami. Noce nie dawały żadnej nadziei.
Wtedy pojawił się on. Szary człowiek z medalionem na szyi i durnym podlotkiem smoka u boku. Całkowicie nijaki. Wiecznie zamyślony, z głową w chmurach, siedzący godzinami i myślący o spadającym liściu. Odrobine szalony, całkowicie z innej bajki. Polubiłem go. Był inny. Nigdy nigdzie mu się nie spieszyło, nigdy nie zabiegał o ludzką życzliwość czy pamięć. Samotny. A przynajmniej tak mu się wydawało. Zawsze było wokół niego pełno ludzi a on i tak wolał siedzieć pod dębem. Całkowicie nudny i wręcz niewidzialny. Zawsze krok za nim szedł smok i mieniąca się setkami barw magia.
Obserwowałem go każdego wieczora. Słuchałem jego rozmów, przyglądałem się, gdy wędrował, gdy spał. Zazdrościłem mu wolności, swobody i rozumiałem jego samotność. Spędziliśmy razem wiele lat i setki nocy. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że mrok coraz rzadziej pojawia się w snach. Zawsze, gdy byłem z szarym człowiekiem to on wpadał w kłopoty nie ja. Ja tylko obserwowałem i podpowiadałem. A rano, gdy tylko mogłem sobie na to pozwolić siadałem i starałem sobie wszystko przypomnieć. Z czasem zacząłem to zapisywać. Powstała pewna wieź między światem snów, marzeń a rzeczywistością. Skradłem odrobine mocy kreowania światów. Może to właśnie mrok ją zgubił. A ja tak długo ja pielęgnowałem i podsycałem emocjami i pragnieniami, że w końcu stała się częścią mnie.
Dziś sen mnie nie przeraża. Demony siedzą gdzieś głęboko ukryte. Są tam. Czuje je. Nie pokonałem ich, nawet nie osłabiłem, ale znalazłem coś czego się boją. Znalazłem coś więcej niż nadzieja. Odkryłem ludzi wokół siebie. Ludzi, którzy są ważni. Ludzi, którzy tworzą wokół magie. Ludzi, którzy, gdy o nich myślę powodują, że się uśmiecham. Ludzi, którzy nieraz są bardzo daleko, ale zawsze jednak gdzieś niedaleko. Nieraz w telefonie, nieraz w głowie, często w duszy i sercu. To oni są najlepszą ochroną, to oni dają światło, które umie odstraszyć mrok.
A co z szarym człowiekiem? Jest. Cały czas. Obserwuje mnie. Wtopił się w moją dusze i stał się jej częścią. Wiem, że gdy pękną ostatnie bariery, gdy nie pomoże światło magii ludzi wokół mnie on wyśle z pomocą smoka… Lubię smoki wiesz..?
Autor: Miriell z Mitravadi 2026-02-14 11:50:17157740
W Dolinie czas nie biegnie linią prostą, lecz toczy się jak ciężkie, dębowe koło, a Welesowa noc jest tym momentem, w którym to koło na ułamek sekundy przystaje w bezruchu.

Ta, która dotąd trzymała straż nad naszymi szeptami, powoli odkłada pióro. Jej dłonie, przesiąknięte gorzkim aromatem piołunu, szałwii i starego pergaminu, domknęły właśnie ciężką, złotą klamrę na księdze, którą pisała przez lata. Każdy rozdział jest w niej gęsty od emocji, każda skaza uleczona dotykiem chłodnym jak leśny strumień, a każde imię, które wyczytała z tętniącego purpurą dymu, znalazło swoje bezpieczne miejsce w wiecznej pamięci Puszczy. To moment pięknego nasycenia ,gdy słońce chowa się za horyzont nie dlatego, że zgasło, lecz dlatego, że nadszedł czas, by ustąpić pola srebrzystej poświacie gwiazd.

Stara mądrość nie znika.
Ona staje się czarną, żyzną glebą, z której wyrasta to, co nieznane. I to co najpiękniejsze.

W tym samym czasie, gdy siwe pasma dymu z ostatniego ogniska tamtej historii unoszą się ku niebu, splatając się z mroźnym powietrzem, na skraju kniei majaczy inna sylwetka.
Jeszcze cicha, jeszcze owinięta w płaszcz o barwie nocnego nieba, lecz niosąca w dłoniach zupełnie nową i dziką iskrę.
To młoda krew, w której tętni ciekawość i siła, by mierzyć się z tym, co dopiero wyłoni się z mgły. Nie szukajcie starego echa w jej głosie.
Ona przynosi własne pieśni, ostre jak młody lód i nieznany dotąd zapach ziół, które zakwitły na bagnach Tajgi pod krwawym księżycem.
Gdy jej palce dotkną szorstkiego grzbietu księgi, świat wstrzyma oddech , bo oto pierwszy kleks atramentu, który tam upadnie, zapoczątkuje erę pełną blasku , o której dotąd nie śnili nawet najstarsi, ukryci w korzeniach bogowie.

Jedna opowieść stała się złotą legendą.
Druga właśnie bierze pierwszy oddech.

* * *

Złota klamra szczęknęła, mosiądz lśni w oddali,
To, co było pisane, już się nie dopali.
Lecz patrzcie na wschód, gdzie mgła się rozchodzi,
Tam w purpurze płomienia...to Nowe nadchodzi.

Nie pytaj o imię, nie wołaj jej jeszcze,
Niech Puszcza ją powita, deszczem i dreszczem.
Bo choć pióro to samo, to inna już ręka
Rozpocznie rozdział, przy którym świat klęka.
Autor: Indziaa 2026-02-28 21:37:36158030
Maugrimowi.

***
Chłodny powiew, nagle, nie wiadomo skąd zerwanego wiatru, owionął jej twarz i okutane w szale ciało. Zadrżała z zimna. „To coś nowego” - pomyślała brnąc dalej przez piaski pustyni w stronę gór. Na mule wiozła świeżo wypieczone dzbanki. Nie pospieszała wierzchowca, miała pojawić się w Albionie dopiero następnego dnia, nie było więc sensu forsować zwierzęcia w tym upale. Zarys Gór Orlich majaczył w oddali, rozpływał się i znikał jak fatamorgana. Przemierzała tę samą trasę niezliczoną już ilość razy. Szła dalej w zamyśleniu nad tym krótkim, ale dziwnym zjawiskiem. Nigdy wcześniej nie spotkała z się takim powiewem wiatru, tym bardziej poczuła się nieswojo. Indzia nie była zabobonna, a i wierząca też nieszczególnie. Demiurg może i był, ale albo bardzo daleko i nie chciało mu się ruszyć tyłka do krainy ludzi, albo nie było go wcale, co mogłoby wyjaśniać brak boskich interwencji w tym świecie, gdzie skarg do Niego słyszała sporo, ale odzewu jakoś brak. Wzruszyła ramionami na tę myśl. Na dwoje babka wróżyła. Bliżej było jej jednak do pierwszej tezy, bo mądrzejsi i starsi od niej doświadczyli ponoć Jego obecności raz czy dwa w swoim życiu. Aczkolwiek to też można byłoby między bajki włożyć, gdyby nie to, że pozostawiał po sobie drobne gesty, którym nijak nie potrafiła jednoznacznie zaprzeczyć. Tylko ten zimny powiew wiatru na środku pustyni nie dawał jej spokoju. Owszem słyszała też o innych bogach, w których wierzyli mieszkańcy pozostałych krain, tyle że jej osobiście nic nie wiązało z ich bogami.
Pokręciła głową do swoich myśli. Nie. To raczej nie miało nic wspólnego z bogami. Zerknęła na niebo, słońce stało w zenicie. Przed zachodem dotrze do przesmyku łączącego wejście w góry z pustynią. Postanowiła rozbić obóz w okolicy przejścia i przenocować w jednej z licznych kryjówek pomiędzy skałami, które zdążyła poznać już tak dobrze. Prześpi się ukryta przed wzrokiem i mieczami pazernych i żądnych cudzej gotowizny bandytów i innych rzezimieszków, a rano wyruszy w dalszą drogę. Zerknęła jeszcze raz w stronę szczytów, z każdym krokiem coraz bliższych i pogłaskała muła po szyi.

Do wejścia w Góry dotarła grubo przed zachodem słońca. Zatrzymała się w cieniu skał, niepewna, co robić dalej. Czy zostać na noc w bezpiecznym schronieniu i rano wyruszyć w dalszą drogę, czy podjąć ryzyko i wejść w nieprzyjazne chłodne i pełne niebezpieczeństw trzewia Gór? Spojrzała za siebie, na szlak, który jeszcze przed chwilą przemierzała. Wydawało jej się, że w oddali widzi tuman kurzu. Znak, że ktoś mocno spieszył się i najwyraźniej popędzał wierzchowca. Nie była w stanie dostrzec czy to wróg czy przyjaciel. Ale skoro ona, teraz już coraz wyraźniej, dostrzegała zarysy postaci zmierzającej wprost w miejsce, w którym się znajdowała, to znaczy, że ją też można było dostrzec z oddali. Po krótkim namyśle zdecydowała, że jednak podejmie ryzyko. Może nic się nie stanie po drodze, może uniknie spotkania ze smokami i innymi bestiami, które zamieszkują jaskinie i kryjówki w tym niegościnnym miejscu. Szybko zmieniła odzienie z pustynnych szali na skórzaną zbroję, pozbierała sakwy, schowała bukłak, z którego wcześniej napoiła muła, po czym spojrzała jeszcze raz na pustynię i weszła w głąb skał.

Początkowo szło się całkiem nieźle. Ścieżka, którą wybrała, prowadziła ją w okolice Skalnego Jaru i tamtejszej kopalni węgla. Liczyła na to, że być może spotka tam jakichś ludzi. W końcu, w kupie zawsze raźniej. Zaśmiała się pod nosem z tego słabego jak szczyny wielbłąda, żartu słownego. Nie słyszała, aby ktoś za nią jechał, więc lekko uspokojona podążała przed siebie. Po pewnym czasie jednak, została zmuszona do postoju. Na jej drodze pojawiła się przeszkoda. Kamienie z pobliskiego wzniesienia osunęły się na ścieżkę zagradzając jej przejście.
- No kochany, tędy chyba dzisiaj nie damy rady przejechać - wyszeptała zmartwiona do muła. Ten spojrzał na nią wymownie i wzniósł oczy do nieba jakby chciał oznajmić, że to przecież oczywiste.
Obróciła się w koło przeszukując wzrokiem okolicę, aby znaleźć inną drogę. Niestety, jedynym wyjściem jakie dostrzegła, było wdrapanie się po osuwisku i przejście po nim na drugą stronę. Tylko co z mułem? Zagryzła wargi myśląc intensywnie. Mijała po drodze kilka niezłych kryjówek, mogłaby tam schować zwierzę i sakwy, a sama pobiec do pobliskiego klasztoru. Może mnisi mogliby pomóc z usunięciem kamieni? Nie chciała zostawiać go samego w górach, w których pełno było dzikiej zwierzyny i innej maści tałatajstwa. No i były jeszcze smoki. Jedno kłapnięcie paszczą smoka i muł zakończyłby swoje życie w zębach potwora. Zadygotała na tą myśl. To był jej ulubiony muł. A gdyby tak spróbować usnąć trochę tych kamieni? Zrobić chociaż malutkie przejście, żeby zmieściło się kopyto, pomoże mu przejść, będzie asekurować go żeby nie skręcił nogi. No dobra, jak się bawić to się bawić. Skinęła głową do swoich myśli, po czym wyciągnęła z sakw stare rękawice i zabrała się do pracy.

Po kilku godzinach miała dość. Przeklinała samą siebie i swój własny rodowód do kilkunastu pokoleń wstecz. Była zmęczona, obolała, nie miała już sił, ale była z siebie dumna. Oczywiście nie była w stanie ruszyć większych głazów, ale z pomocą muła udało się jej usunąć wystarczająco dużo kamieni, aby zwierzę było w stanie bezpiecznie przejść na drugą stronę. Ostrożnie i z wielkim skupieniem przeprowadziła go przez osuwisko i podążyła w dalszą drogę. Zmarnowała zdecydowanie zbyt dużo czasu w tym miejscu. Podczas pracy słońce zdążyło się już schować. Nie było jej do śmiechu. W nocy w tym miejscu na pewno nie czułaby się bezpiecznie. Szczęściem dojeżdżała już do rozwidlenia dróg. Jedna prowadziła dalej w stronę Albionu, druga do Orlego klasztoru. Wybrała klasztor. Tam przenocuje. Mnisi ją znali. Spędziła tam kilka tygodni na naukach, poza tym, przebywał w tym miejscu ktoś jeszcze. Ktoś na czyj widok na powrót stawała się małą dziewczynką i za kim tak mocno tęskniła, kiedy znikał w podróży na wiele tygodni. Ktoś, kto dał jej nowe życie, pozwolił się pokochać małej sierotce, mimo swojej początkowej szorstkości i postawionych, na długie lata przed jej pojawieniem się, murów oddzielających go od innych ludzi. Maugrim. Jej Wilk. Senior. Nauczyciel. Ojciec. Co prawda przybrany, ale kochała go całą mocą. Zobaczy się z Wilkiem. Serce zabiło szybciej na tę myśl, ale w tej samej chwili ponownie przeszył ją nagły, lodowaty powiew wiatru. Dużo intensywniejszy niż ten na pustyni, a jednak podświadomie wiedziała, że to jest to samo dziwne zjawisko co wtedy. Daleko w oddali słabo słychać było wycie wilków z lasu, jednak z wolna dołączały do nich wilki zamieszkujące skalne kryjówki. Zaniepokoiła się. Wsiadła na muła i skierowała go w stronę klasztoru. Przeczuwała już, że coś jest bardzo nie tak. Został zachwiany dotychczas znany jej porządek świata. Nigdy wcześniej nie słyszała, aby wilki z lasu i gór utworzyły jedną, spójną kakofonię dźwięków. Popędzała muła przez całą drogę jaką dzieliła ją od Orlego klasztoru.

Stanęła przed wrotami jakby zatopionymi w masywnym ogrodzeniu klasztoru. Było już całkiem ciemno. Wejście oświetlała samotna, naftowa lampa kiwająca się spokojnie na łańcuszku przytwierdzonym do wnęki. Mur okalający gmach budowli był gruby na dwa łokcie. Załomotała z całych sił w kołatkę przytwierdzoną do żelaznych wrót. Obejrzała się wokół. Ani żywej duszy, nie słyszała też najcichszego dźwięku życia zza muru. Dziwne. Załomotała raz jeszcze i znowu. Po nieznośnie długiej chwili wizjer we wrotach zachrobotał, otworzył się i szybko zamknął. W tym mgnieniu zdążyła zauważyć jedno niemłode już, zmęczone oko. Odskoczyła gdy zakonnik począł rozwierać wejście na oścież. Stanął po środku otwartej bramy i przyzywającym gestem zaprosił ją do wjazdu na ogród okalający klasztor. Rozpoznała go, co prawda nie z imienia, bo absolutnie nie miała talentu do zapamiętywania imion, ale spotkali się już wcześniej, wielokrotnie, gdy przesiadywała w przyklasztornej bibliotece podczas nauk. Uśmiechnęła się na jego widok i skłoniła głowę.
⁃ Witaj bracie! - zawołała prowadząc muła do stajni, gdy zakonny zamknął na powrót bramę. Wiedziała, że jej nie odpowie na powitanie. Stracił język w napadzie bandytów wiele dziesiątek lat wcześniej. - Gdzie są wszyscy? Dlaczego tak tu cicho i ponuro?
Zlustrowała kątem oka gmaszysko, w którym w oknach świeciły się słabym blaskiem dogasające już świeczki. Zdążyła zaprowadzić muła do stajni i skierowała się w stronę klasztoru, gdy w końcu mnich wygrzebał tabliczkę i rysik z przepastnej szaty, przystanął i pięknym zamaszystym pismem udzielił odpowiedzi:
„Witaj Wilczyco, mnisi są w kaplicy, wraz z innymi gośćmi klasztoru, modlą się”.
Zatrzymała się.
- Czy dziś jest jakieś święto? - przekrzywiła głowę na bok zadawszy mu pytanie, nigdy nie była biegła w kalendarzu świąt i to się raczej nie zmieni.
„Nie, modlimy się do bogów o łaskawy los dla duszy, która opuściła ten ziemski padół dzisiejszego wieczoru” - napisał, skłonił przed nią nisko głowę w wyrazie szacunku, a na jego policzku zalśniła łza, która powoli meandrując w zmarszczkach wiekowej twarzy, spłynęła do brody mnicha i skapnęła na trawę u jego stóp.
- Przykro mi - odpowiedziała z powagą. - Czy wśród żałobników znajduje się również mój ojciec? Czy może powrócił już do swego domu?
Zakonnik spojrzał na klasztor, nie odpowiedział. Ręce za bardzo mu drżały, by mógł napisać choć słowo na swojej tabliczce. Spojrzał z rozpaczą w zaniepokojone oczy Indzi, a po jego policzkach zaczęło spływać jeszcze więcej łez.
Zrozumiała go bez słowa.
Stanęła sparaliżowana natłokiem emocji, które nie pozwalały jej na spokojne pozbieranie myśli. Osunęła się na kolana, wzięła rozpaczliwy wdech i zapłakała głośno. Wilki w oddali nadal wyśpiewywały pieśń żałobną, na pożegnanie brata, który był im tak drogi.
Poczuła na głowie ciepłą dłoń zakonnego, który próbował w ten sposób dodać jej sił. Wyszeptała tylko przez łzy:
- Proszę. Zostaw mnie bracie. Potrzebuję chwili w samotności.
Odsunął się i po chwili usłyszała niespieszne kroki mężczyzny oddalającego się w kierunku drzwi do klasztoru.

Klęczała zrozpaczona na trawie usiłując zapanować nad żalem, rozpaczą i bólem rozrywającym jej serce. W końcu, odetchnęła głęboko, otarła zapłakaną twarz rękawem i popatrzyła w rozgwieżdżone niebo, na środku którego królował księżyc w pełni. Do jej uszu dobiegł szept, tak cichy, niemal na granicy słyszalności:
„Nie rycz głupie dziecko, taka jest już kolej rzeczy. Starcy muszą kiedyś odejść, aby zrobić miejsce na nowe pokolenia. Nie rycz Maleństwo. Przygotowywałem Cię na tę chwilę.”
- Wiem Wilku – załkała cichutko do księżyca, roniąc kolejne łzy. - Ale nigdy nie sądziłam, że to już. Myślałam, że będziemy mieli więcej czasu. Myślałam, że może będzie bolało mniej.
„Durnoto, żadna ilość czasu nie złagodziłaby Twojego bólu. Ale on minie. Wspominaj mnie z tych dobrych chwil, jakie razem spędziliśmy. Byłem szczęśliwy gdy Cię znalazłem, pokochałem Cię od razu mój głąbie. Sama wiesz, że nie było łatwo Cię wychować, ale nie żałuję niczego. A teraz podnieś się już z tych kolan, zasmarkane stworzenie, otrzyj łzy i żyj. Kiedyś wrócę, może minąć wiele czasu, ale spotkasz kiedyś na swojej drodze srebrnego wilka i będziesz wiedziała, że to ja. Bądź szczęśliwa i wspomnij mnie czasem patrząc w księżyc.”
Skinęła głową. Powoli, z ciężarem tak wielu ciepłych wspomnień przytłaczającym jej pierś, podniosła się z kolan. Wytarła twarz ponownie w mokry już rękaw skórzanej zbroi. Kątem oka dostrzegła w głębi ogrodu rozmywający się srebrzysty opar mgły, kształtem przypominający ogromnego srebrnego wilka. Otoczył ją zapach mokrej sierści i fiołków. Tak dobrze jej znany, przynoszący odrobinę ukojenia i namiastkę domu.
- Kocham Cię Tatko, bądź szczęśliwy po drugiej stronie - wyszeptała do mglistego wspomnienia wilczej postaci, który zdążył zniknąć zanim skończyła zdanie.
Powoli, krok za krokiem, podążyła w stronę stajni. Nie chciała dzisiaj spać w klasztorze, w otoczeniu żałobników i modłów. Tej nocy prześpi się w stajni, a o świcie wyruszy w dalszą drogę. Do domu. Samotnego domu, w którym nie będzie już Wilka. Tylko ona sama i wspomnienia z przeżytych wspólnie lat. Położyła się na sianie obok swojego wierzchowca. Była tak bardzo zmęczona i załamana wieściami. Zamknęła oczy i zapadła w płytki, niespokojny sen, a łzy raz po raz spływały spod zamkniętych powiek. W wejściu do zagrody, w której zasnęła, pojawił się mglisty, srebrny wilk. Usiadł i jak wiele razy w swoim długim życiu patrzył na nią czule, pilnując jej odpoczynku. Odetchnęła głęboko przez sen, a łzy chwilę później zakończyły spacer po jej twarzy. Zapadła w głęboki, spokojny sen bez snów, pod czujnym okiem wspomnienia jej opiekuna.
***
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14]

Powrót do wątków


Aby wypowiedzieć się na forum musisz być zalogowany
Możesz zrobić to TUTAJ oraz mieć poziom wyższy niż paź

0